piątek, 21 listopada 2014

czemu one (mi) to robią?

Bo to kochają!
Tak ja kocham to co robię :)

Dzisiejsza przesyłka - niespodzianka od Betsypetsy, sprawiła, że chciałam się z Wami ponowie podzielić pięknym, pełnym wyobraźni światem, a raczej światami Kreatywnych Dziewczyn :)

Pamiętacie Kokkę, Sonię i Wiolę? Pisałam o nich w styczniu TU
A Garkę, Tinę i Alicję? Niee? To zapraszam do lektury TEGO posta :)

Chwilkę po tym jak po ścianach przestały ślizgać się pędzle, pracownię zamieszkały plakaty Wioli- kto przegapił, będzie żałował o ile nie obejrzy ich TU

A dzisiaj otrzymałam nową pracownię - domek od Beaty :)

Ma wszystkie cechy, które sprawiają, że misiura go kocha od już!

Futrzany dach, chmurkowy tył z mewami, które zawsze wysyła do mnie Natalia i chmurka z moim ulubionym deszczykiem- kolorowym, wiosennym.

Wszystko wykonane misternie, przytulnie, pogodnie :)
Świat, który szyje i nie tylko, Beata jest magiczny, wrażliwy, przytulny jak materie, z których go tka. Mimo, że ja kocham glinę a Beata szyje, to coś nas łączy- kto zgadnie co?:)

 




Mam pewne podejrzenia, że po moim wyjściu w domku rozgości się dwójka bardzo szczególnych Panów!
Pamiętacie Stefcia? To on zdecydował się ze mną skoczyć na bank w czerwcu :)!
Mrożąca w żyłach relacja TU
Żeby mu było raźniej oraz z potrzeby wsparcia w obsłudze nie tylko pracowni, ale i pieca, Ania z Misiolandii sprawiła, że dołączył do niego Piecowy i kierownik gospodarczy Mojej Misiurowej Pracowni- w skrócie Piecuś!
Jak zwykle rozczula mnie jego maleńkość- 5cm - tak wielu szydełkowych oczek, sprawia, że misio-paszcza mi się szczerzy :)
Rzecz jasna kolor umaszczenia i kolor piecowych elementów nieprzypadkowy:)






A skoro weekend i aura skutecznie zniechęca do wychodzenia z domu, to pora zaproponować Wam domy, z których nikt nie ma ochoty wyjść. Co więcej, domy można szybko przemieszczać, z kieszeni w łapkę i na odwrót! Na półkę, na łąkę. Uwielbiam domkowy świat, który w kamieniach maluje Anita, znana pod szyldem Unicatella
Niech Wam będzie przytulnie, kolorowo i domowo w ten weekend :)


poniedziałek, 17 listopada 2014

co to za poniedziałek?

Co to za poniedziałek, którego wszyscy się boją, nie lubią go a on staje u progu tygodnia i niesie
prezent?:)

Mójjjj!

Szłam do pracowni z duszą na ramieniu, bo w minionym tygodniu załadowałam do pieca kilkadziesiąt godzin mojej pracy i nadziei!

Lampiony, żeby Was grzały i rozświetlały myśli w zimne wieczory.

Domy, które mają mówić, gdy brak Wam słów i zapowiedź świąt.

Pojechałam z Panem Misiurą, który takie oto śniadanie domkowe zaserwował w weekend:


Razem raźniej - fajniej cieszyć się wspólnie, albo poszukać zagubionych pozytywów:)

I wiecie co? Piec podarował mi radość na jaką nie liczyłam po pierwszym tylko częściowo udanym wypale!

Nie wiem, czy to dlatego, że do niego mówię, głaszczę, czy dlatego, że on zagląda mi przez ramię i widzi ile serca i mozolnej pracy kosztuje mnie wykonanie moich prac?

Zobaczcie sami:




Niebawem porobię zdjęcia nowości i wrzucę je do SKLEPU, żebyście mieli czas na przemyślenie swoich grudniowych prezentów, być może misiurowy świat znajdzie się na Waszej liście?:)

W grudniowym wydaniu Mojego Mieszkania, na Wielkim Kiermaszu Świątecznym 2014 Kobiet z Pasją, jestem i ja :)! W lewym, dolnym rogu! Jupii :) 


I na koniec, chciałam zapytać, Dziewczyny, Chłopaki- czy Wy śpiewacie? Jasne, że nie, bo głosu brak, bo fałsz, bo coś tam, coś tam, prawda? To tak jak ja, ale... są piosenki, których moc sprawia, że zaczynam puszczać te wewnętrzne ograniczenia i śpiewam, całym sercem!

Śpiewam dzisiaj nie tylko dlatego, że wypał się udał. Śpiewam, bo Natalia porusza dźwiękiem, słowem, jak mało kto...
Kto zaśpiewa ze mną?:)

Jestem już po dziesiątym odsłuchaniu i nie mam dość- sąsiedzi też dają radę!






Dobrych poniedziałków i Wam <3!!!

piątek, 14 listopada 2014

plany na 2015 rok?

Robię je co roku, od wielu, wielu lat. Tylko dziesięć sztuk, nie mniej, nie więcej. Praca nad nimi, to medytacja, zatrzymanie czasu, gdy mam w rękach cały rok. Wspomnienie lata i zachwyt nad przyrodniczą różnorodnością. Zamyślenie, jakie rośliny dobrać, by mówiły coś o danym miesiącu, jak stworzyć opowieść z dwunastu rozdziałów, by była spójna, bogata i zaskakująca jak świat, który nas otacza. To co, że plecy pękają z bólu, jak suche konary drzew- jest radość- Wasza i moja 
a jak było rok temu? o tak : )
jak będzie w tym? jeszcze inaczej, zaskoczę Was 







A na deser łąka na paterze misiurowej :)
Dobrego weekendu!





piątek, 7 listopada 2014

Facet, który lubi kolor pomarańczowy

Nie sądziłam, że mam w sobie gen podglądacza

A mam! 

Jestem gorsza niż dziecko, które czai się na Mikołaja w grudniowy wieczór.

Zaglądam mu w duszę, oko, które kryje w sobie opowieść o żywiołach.

Igram z ogniem a on waży dwa razy tyle co ja.

Mając najwyższą gorączkę, nie potrafię rozgrzać się do temperatur, które są dla niego naturalne.


Pohukuje, napręża się, żyje swoim bardzo bogatym życiem wewnętrznym...


Ma spore oczekiwania wobec mnie, żąda 130 litrów załadunku, inaczej - ponoć - nie ma sensu zaczynać rozmowy.

Mimo, że jest tak srodze męski, lubi kolor pomarańczowy, który mnie kojarzy się z dynią, marchewką i pomarańczą :)


Pracuję ciężko i dużo, żeby zapracować na jego łaskę w postaci udanych prac.

Piec- obietnica : spełnienia, rozczarowania. Niespodzianka.

Ekscytacja, zmęczenie- wszystko naraz!

Oswajamy się, z ogromnym kredytem zaufania do siebie...


Dlatego milczę a w w tym milczeniu nie ma spoczynku, bezruchu- jest praca, z radością, ponad siły, z nadzieją...

Trzymajcie kciuki za efekty! :)







ps. chciałam uspokoić każdego, kogo ekscytował niedorzeczny porządek z ostatniego postu :)
Nie ma po nim śladu :)



środa, 22 października 2014

14m2 szczęścia

Kiedy zaczynaliśmy, nie wierzyłam, że to się skończy, ale o tym pisałam TU.

Nie dość, że nie wierzyłam, to nie wyobrażałam sobie, że skończy się tak pięknie!

A gdy parę dni temu moja koleżanka skomentowała remontowy wpis na facebooku w ten sposób:

Ponieważ sama dysponuję podobnymi,przerażającymi, baaaardzo jeszcze świeżymi doświadczeniami, okropniejszymi o tyle, że w moim przypadku moje miejsce pracy miało być też moim miejscem zamieszkania, mówię: TO SIĘ NAPRAWDĘ W KOŃCU KOŃCZY. Niespodziewanie, któregoś dnia siadasz i patrzysz i myślisz " o ja żesz pier... jest CUDOWNIE.' Jest pięknie, rozlegle możliwościowo, może nie idealnie, ale najwspanialej, najwłaśniej i bardzo, bardzo szczęśliwie . I tak będzie. Masz moje kciuki, a jeśli potrzebne byłyby Ci całe ręce i nogi to dawaj znać! Chyba jestem blisko!  Trzymaj się dziewczyno!”

To bardzo chciałam, żeby miała rację :)

I... miała!

Remont jest wspomnieniem, choć gdy trwał, wydawało się, że mijają lata świetlne.
Jeszcze są pewne sprawy, które wymagają czasu, może małych zmian, ale to wydaje się tak łatwe i do zrobienia, że nie martwi!

Minioną, całą sobotę spędziłam w pracowni, gniotąc glinę z niedowierzaniem i ciepłem na sercu.

A dzisiaj uśmiechałam się do deszczu, z mojej pogodnej, bardzo misiurowej pracowni:)!

Dziękuję Wam za wsparcie, pogodne myśli i odwiedziny!

ps. jesień to dobry czas... czas na wzlot!












poniedziałek, 20 października 2014

Szast i Prast ... i gotowe

Kto nie zna Szast i Prast, niech żałuje  Kto nie wie co zrobić z pustą ścianą, kto chciałby, żeby Wiola pomogła wyrazić jego myśli, kto lubi historie o misiach panda i tych, które noszą gryzące swetry. Kto lubi niebanalne poczucie humoru i wysoką jakoś- niech zamawia plakaty Wioli!!! Radość gwarantowana! Ja już swoje mam w pracowni- i nie oddam  Wiola, dziękuję !




 



czwartek, 16 października 2014

prawie finisz... w pracowni

Ten post nie pisał się, za nic w świecie!

Chaos, który pewnie jest typowy w remontach wszelkich, pozbawiał mnie tak często sił i zapału oraz odbierał mowę, czasem z zachwytu nad postępem prac, czasem z rozpaczy, że TO się nie kończy, że nie byłam w stanie nic napisać.

Nadal nie do końca jestem.

Misiurowa pracownia już niemal gotowa, słychać jak strzelają korki malutkiego szampana, a jednak poczucie, że to koniec, że droga DO zakończona, nie nadchodzi.

Nie raz ćwiczyłam swoje myśli, nakazując im posłuszeństwo, duchowi pogodę a sobie optymizm, gdy zamiast dostrzegać postępy prac, jęczeliśmy, że nic się nie dzieje, że znowu wychodzą plamy ze ścian, mimo użycia porządnej farby. Gdy kolejne parędziesiąt kilo sprzętu, mebli, paczek kartonów, miało być ostatnimi a pączkowały kolejne -  odbierając poczucie, że to się skończy oraz ład naszej domowej przestrzeni.

Jak to powiedział właściciel wynajmowanego lokalu widząc metamorfozę lokalu: "jestem miło zaskoczony" - spotykając moje pełne piorunów i oburzenia spojrzenie.
No ja też : )

Pomieszczenie, które oglądałam a w którym niebawem zacznę pracę, oglądałam, gdy było... zastawione meblami, funkcjonowało jako magazynek, składzik- rupieciarnia, pod sam sufit. Ważny był metraż, rozsądna cena, nie najgorsza lokalizacja.
Zmieniłam swoje oczekiwania po tygodniach nieskutecznych poszukiwań, odbijając się od ścian finansowych niemożliwości. Nie chciałam, by moim motorem do tworzenia stały się rosnące rachunki, min za wysoki czynsz!

Wiem, wiem - to lekko niedorzeczne wynajmować lokal, którego nie widać :) Ale mój wrodzony optymizm wyobrażał sobie doskonałe lokum na misiurową aktywność.

Gdy przyszliśmy wyposażeni w dobry nastrój, radość i energię,  by zacząć remont, te opuściły nas, mnie zwłaszcza, od ręki. Goluteńki, zmitrężony latami użytkowania, zaniedbań, kurzu i i innych faktów, stał smutny, ziejąc na nas ze ścian dziurami, odpadającą farbą, zaciekami, nie gwarantując nic w zamian.

ALE...

Od samego początku, czasem przez łzy- polubiłam to miejsce, nadal tak jest- nie mogę się doczekać, jak ruszę z gliną, choć ilość pracy, serca, którego od nas zażądał, zaskoczyły.

Tak często zapominamy dokąd zmierzamy a jeszcze częściej, jaką drogę przebyliśmy.

Macie tak?

Ja codziennie mam poczucie, że "taka" byłam od zawsze. Ulatują mi z pamięci ciężkie chwile, które towarzyszą rozwojowi, momenty gdy daleko było mi do marzeń i ideału- wg mojej kategorii.
Zapominam jak wiele od siebie wymagam- by dojść, tam, gdzie marzę, jak trudno było i jak często wszystkie znaki na ziemi i niebie mówiły, by się poddać.

Dlatego obiecałam sobie dokumentować każdy dzień przemiany mojego misiurowego - brzydkiego - kaczątka w łabędzia.

Te brudne zdjęcia to dowód na to, że się da, choć czasem brak sił.

To dowód na ogromne wsparcie i determinację mojego Męża, by spełniło się moje marzenie. I mimo że uważam, że jestem misiem, to podczas remontu okazało się, że jestem także wiedźmą, a on nadal był i pomagał :)
Ale powoli wracam do siebie...

A w następnym poście pokarzę Wam co się dzieje, gdy marzycie mocno, gdy wstajecie, choć chce się leżeć, jaką moc ma wsparcie bliskich ludzi i nadzieja, mimo wszystkich, którzy pukają się w czoło :)!

:)